muchozol blog

Twój nowy blog

Dramaturgii ciąg dalszy

0

Dopiero druga nuta nadaje pierwszej znaczenie. Ale czy zagrali już pierwszy akt? Czy wejdą jeszcze aktorzy na scenę? Z ostatniej komedii wyszłam, jakoś łatwiej mi uwierzyć w dramat. To nie literatura piękna-to życie. A ja tańczę jak mi zagrają. I w tym tańcu gubię buty i plączą mi się nogi. Już nawet nie wiem kto gra, jaka jest melodia i czy płynie jakaś muzyka. Muzyka, niby łagodzi obyczaje, a jak się człowiek osłucha to popada w melancholię.

„Małżowina mojego ucha była świeża w dotyku, szorstka, chłodna i soczysta jak liść”-więc chciałabym ją skubać, skubać, skubać, jak kózka młodą trawkę na zielonej łące. Głupia kózka. Głupia trawka. Wszystko głupie.

I rozpoczyna się akt drugi. Monodrama. „-Więc porozmawiamy, – No pewnie.” Ale nie ma już o czym rozmawiać. Topią się słowa, grunt pod nogami mi płonie, bose stopy w tańcu puchną, pokrywają się bąblami. Ale jeszcze ostatkiem sił podryguje, podskakuje, a nie wierzę, że ten taniec deszcz przyniesie. Może łzy.

Przerwa. Reflektory zgaszone. Teatr jednego aktora. Skomlę w kącie na te za ciasne buty w które mnie wsadzono. To nie moje buty w nie mojej historii.  A mi te buty odkształciły stopy, tak jak moje duchowe pragnienia zmieniły moje życie.

Kiedyś myślałam, że zostały kamasze. Raźniej się idzie w parze. A miłość i cierpienie zawsze idą razem. Lewa nóżka, prawa nóżka. I leżysz na ziemi z tyłkiem anielsko wypiętym w górę. A to tylko preludium.

W interludium już nie poznajesz czy to ty tańczysz czy świat dookoła zawirował. Od dymu, od ciemności od znużenia. Założyć miękkie kapcie, nie wychylać się z domu. Znowu każą tańczyć. Prawa nóżka, lewa nóżka. Jak ten niedźwiadek na arenie cyrkowej. Dobrze go nauczyła gorąca płyta. Ból najlepszym nauczycielem, tylko nikt nie chce być jego uczniem.

I postludium. Myślisz, że nauczyłaś się tańczyć, że już wiesz co zagrają. Prawa nóżka, lewa nóżka. To nie walc. To walec. Walec przejechał Ci po stopach.

Pióro

0

Zima tego roku nie odpuszczała do początku maja. Miast cieszyć się wiosennym słońcem, wygrzewać na ciepłym mchu i podgryzać pierwsze źdźbła nowowschodzącej trawy, Lisica ze znużeniem wyglądała ze swojej norki. Niby nie było na co patrzeć. Tylko śnieg, deszcz i wiatr. Ale w jej lekko już spłowiałeś głowie zaświtała myśl-to wiatr zmian. A wiatr przegoni w końcu chmury. Wszystko co przyszło w końcu przeminie. Przerodzi się w coś zupełnie innego, może nawet lepszego. W łapce ściskała czarne krucze piórko. Wiele się zmieniło od czasu kiedy do jej domu pierwszy raz zawitał Kruk, wiele było zim, wiosen i jesieni. Nawet zapomniała o jego istnieniu, całkiem zupełnie. Wyparła z pamięci, ze wspomnień. Ale los jest przekorny, postawił go na jej drodze. Och przekorny losie, obyś tym razem niósł coś dobrego!

Chłopiec do bicia

0

Gdy Ci smutno, gdy Ci złe: zadzwoń do mnie-wyżyj się.

Bez bagażu i bólu głowy

0

O ile łatwiej karmić się cudzym szczęściem niż mieć niestrawności z cudzego nieszczęścia. Radować się, że komuś jest dobrze. Czemu niektórym tak ciężko docenić cudze dążenie do radości? Dostrzec w samym sobie radość z tych najmniejszych, nawet błahych rzeczy? Nie róbmy sobie na złość, nie patrzmy wilkiem na człowieka. W każdym jest coś dobrego. Zawsze może być coś dobrego. Bo „Jeśli coś kończy się źle, oznacza to, że to jeszcze nie koniec… Zakończenia są tylko dobre”. I dobrze jest myśleć, że będzie dobrze. Jeśli nie tak, to inaczej. Mieć nadzieję, że ktoś cieszy się z Twojego szczęścia, a nie przeklina w duchu Twoje staranie uczynienia siebie szczęśliwym. Z każdej sytuacji można wyjąć morał.

Skąd bierze się nasz optymizm, wy­sokie mo­rale, nasze po­zytyw­ne zda­nie o nas samych? To jest ciężka praca. Którą trzeba wykonywać każdego dnia na nowo. Na nowo wierzyć z całych sił, że w życiu jest coś dobrego, że w nas samych jest ta dobroć, że jest radość, że jest cel. Zawsze jest jakiś cel. Chociażby pokazać światu, wszystkim w okół i samemu sobie, że ma się SIŁĘ zawalczyć o samego siebie, o swoją radość, o uśmiech na twarzy. Nie chce rezygnować z małych rzeczy dających mi radość, z tych większych tym bardziej. Nie chce śmiać się ciszej, używać uśmiechu jak porannego makijażu. Tylko uśmiech może mnie uratować.

Zostawić to co było złe i zabrać to co dobre. Trzymać w garści. Przed snem położyć pod poduszką. Rano obudzić się ze śmiechem. Że jest: to co było wczoraj dobre. I jutro dołożyć kolejne. Układać wielką górę radosnych momentów. Bo przecież ciągłe rozwodzenie się nad tym co złe w niczym nie pomoże, prawda? Nie polepszy mi bytu, nie poprawi humoru. Więc dam się już zaprowadzić wszędzie, bez bagażu i bólu głowy i nic mi na drodze nie stanie żeby móc zacząć się cieszyć na nowo.

światło-ciemność-światło

0

Jest ciemno. Na zewnątrz i w okół mnie. Świecą światła, ale ich blask nie nadaje jasności. To tak jak z ludźmi: mogą być obok Ciebie nie będąc z Tobą. Zdarza się tak, że potrzeba czasu aby docenić to co się miało. To kim się było nie będąc ze sobą sam na sam. Ciemność-światło-ciemność. Ktoś przełącza przełączniki a Ty nie wiele na to możesz poradzić. Tylko po żarówce sprawdzasz czy „to ten” czy „jest jeszcze ciepła”. I w tej ciemności błądzisz sobie, szukasz bez celu drogi. Nie ma niewoli. Nie ma nie woli. Nie ma niewoli. I w tej wolności tak niebezpiecznie i samotnie. I pusto. Przewijasz kartkę z kalendarza, liście spadają. Może śnieg też spadnie. I wspominasz: śnieg za oknem w marcu, pierwsze liście, deszcz. A potem…potem myślisz jakby to było. Gdyby tego śniegu spadły dwie tony, deszczu hektolitry. Jakby się tak coś nie zmieniło. Jakby to było? Czy kawa rano była by czarna i mocna, czy były by karteczki na lodówce. Czy w ogóle byłoby coś w lodówce. Byłaby lodówka?
Taka wzbierająca fala. Morze, prom, bezludna wyspa. Sen na jawie. Ciepło. Można spać. Można wszystko przespać. Gdyby nie trzeba było się budzić.Można marzyć. Można wspominać. Teraz, kiedy się już wie, że trzeba było planować i działać można sobie pozwolić na wzbierającą falę. Dać się jej pochłonąć, ponieść. Teraz można z nią płynąć. Albo uporczywie przebierać łapkami żeby dostać się do bezpiecznego brzegu. Brzeg jest. Zawsze. Przecież ziemia jest okrągła i ciągle się kręci. I ciągle się zmienia. Trzeba mieć tylko siłę, chęci i zapał by płynąć do brzegu. To nic, że zimno, ciemno i mokro. To nic, że tak bolą ramiona. Ramiona, których nikt nie utuli. To nic, że cicho…tak cicho, że pusto. Można pomyśleć. Wyobrazić sobie siebie jako najdrobniejsze ziarnko piasku na plaży.
Jest ciemno. Ale „Światło jest lewą ręką ciemności,a ciemność jest prawą ręką światła. Dwoje są jednym, życie i śmierć złączone.” I ciemność jest tylko brakiem światła.
Lucyfer-niosący światło. Lucyferem, Rzymianie nazywali gwiazdę poranną. Jaka ironia losu! Ten, którego uważa się za zło, mrok i ciemność-przyniósł światło, jest pierwszą jasnością dnia. Czekam na Jutrzenkę, niosącą światło. Na blask. Nie lękam się cieni, bo one świadczą, że gdzieś kryje się światło. I może nie mam pewności skąd światło przyszło, wiem, że nie jest daleko, skoro widzę cień. Mówi się, że kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie. Wolę więc patrzeć w jasność. Nawet jeśli jego moc miała by wypalić mi oczy.

Niewola

0

Nie ma wolności, a każde wyjście z niewoli jest drogą ku kolejnej. Wolność sensus stricto nie istnieje. Istnieją tylko różne poziomy podporządkowania rozmaitym składnikom. Wolność to posiadanie woli, chęci uczynienia „czegoś” bez patrzenia na konsekwencje. A tą wolność, ma bodaj chyba noworodek. Ale, nie, on także nie, cóż z tego, że chce, skoro nie ma żadnej mocy sprawczej? Może manipulować, pragnąć, ale sam nie jest w stanie nic uczynić. Jest zależny, podległy, podporządkowany. Tak jak każdy z nas. Chyba tylko wtedy gdyby jedna, jedyna osoba żyła na świecie, istniała by prawdziwa wolność. Chciałabym być wolna od i do. Od zobowiązań, obowiązków, bez wewnętrznego więzienia. I mieć wolność do: bycia, chcenia, decydowania. Z drugiej strony czuję, że ta wolność by mnie przytłoczyła. Przytłoczyła PRZYMUSEM osobistej decyzyjności w każdym aspekcie. I, tak sobie myślę, może właśnie wolność, jest moją własną niewolą.  Boje się, że będąc transcendentnie wolną, stałabym się osobą amoralną, gdyż nie posiadam wiedzy absolutnej, a moja wola nie może być stawiana nad wolą innych jednostek…a może może?To zależy od punktu widzenia. Względnie egocentrycznego. Wszystkie czyny mają swoje konsekwencje, i one bezwzględnie ograniczają naszą wolność działania. Pozostaje wolność umysłu. A co, jeśli wstyd mi nie raz za moje myśli?Czy jestem wolna? Nie pragnę wolności anarchistycznej, bo taka wolność jest wyzbyciem się jakiejkolwiek władzy, moim zdaniem nawet nad samym sobą. Nie oddaniem tej władzy komukolwiek. Zrezygnowaniem z niej zupełnie. Płynięciem pod prąd, dla samej idei. Władza, jest siłą,może destrukcyjną, a może budującą. Nie wiem, czy ja mam władzę by być wolną. Powiedziałabym, że dostrzegam dualizm władzy w podziale na: przemoc, przymus/nagrody,charyzma,wiedza,tradycja. I obawiam się, że w moim wykonaniu władza nad wolnością opiera się na pierwszym aspekcie. A tylko ten drugi powinien być „politycznie poprawny”. A jakże fascynującym terminem jest wola mocy;  dążenie do siły, dominacji, zwycięstwa, afirmacji życia. Tak. Tylko najpierw trzeba to życie prawdziwie afirmować.

Wchodzenie do zimy

0

Z mojego okna widzę dwie szkoły, kilka bloków. Gdzieś w oddali majaczy wieża kościoła. Wydaje mi się, że widzę nawet Radiostację. Jest cicho. Nikt nie krzyczy. Za oknem szarość, marność i brak słońca. Z głośników sączy się spokojna usypiająca muzyka. Oniryczność. Mogłabym spać, zapadać się w niebyt, ze snu wpadając w kolejny sen. Wszystkie kontury się zaokrąglają, nie ma już kantów i nieostrości. Dążenie do figury idealnej. Kula. W środku cisza. Ja unoszę się dwa metry nad tym, ćmi mi lekki ból głowy. Od leków, od choroby a może od tej ciszy. Spadły wszystkie liście, nie ma śniegu. Nie skrzy się pod stopami, nie chrupie pod butem. Jestem zawieszona w czekaniu na nieuniknioną zimę, w strachu i pewności, że w końcu nadejdzie, pełna nadziei, że i ona przeminie. Bo wszystko przeminie, zima, lato, jesień wiosna. Wszystko zatoczy koło. Leniwa ósemka, symbol nieskończoności, wąż zjadający swój ogon. W powietrzu czuć już zapach palonego w piecach węgla, jesień uciekła, złota jesień odeszła. Skoro jest przedwiośnie, czy istnieje przedzimek? Sądzę, że tak…że to nie cztery pory roku (Vivaldiego) a osiem. Jest coś pomiędzy, stan przejściowy, nie do końca uchwytny, ulotny, niewysublimowany. Tak jak ten moment przed zaśnięciem. Niby jeszcze nie śpisz, a nie jesteś w pełni świadom, umysł płata Ci figle, nasuwa na wpół realne obrazy, czaruje, mami, i każe uciekać od rzeczywistości. Błąd umysłu, przepaść między realnym światem a urojeniami. Tak się czuję, w tym rozkroku, między zimą, a jesienią.

sic!

0

Brak precyzyjnego wyrażania się i konkretnej odmowy doprowadza mnie do stanu absolutnej kurwicy. Absolutnej. Dlaczego nie można w prost powiedzieć „nie” tylko ubierać to w dwa miliony słów żebym się zastanawiała o co chodzi? Dlaczego? I to ja jestem niezdecydowaną babą. Nie nadaję się do tego świata. Zresztą chyba często zbyt bezogródkowo mówię o tym czego mi trzeba. I wbrew pozorom wcale nie jest mi z tym dobrze. I to chyba ja potem czuję się urażona, i mi jest smutno, że czegoś chcę, I wstydzę się i boleję nad nieutemperowaniem. Nie mniej jednak wkurwia mnie niezdecydowanie. I te ogródki. Nie, działkowe, ale pięknie dobrane słówka, szlachetne przemowy w rzeczywistości ukrywające prostą prawdę dającą się wyrazić w dwóch słowach. I po co te lanie wody. Po co?

Śnij, jak śni się tylko raz

0

Wielki stary dom, ogromny strych. Garstka ludzi kręci się po tym domu nie wiedzieć w jakim celu. Stare, skrzypiące schody z poczerniałego drewna, poręcz wypolerowana dotykiem setek dłoni w ruchu góra-dół. W niezliczonej masie strychowych pokoi, zawalonych gratami z przeszłości znaleźć można skrzypce, gitarę ośmiostrunową, akordeon. Zaczynam grać, trącać delikatnie struny. Pojawia się nieznana mi znikąd postać, mówi bym zostawiła gitarę bo nas usłyszą. Zostawiam. Otwieram kolejne drzwi. W pudle zmumifikowany żołnierz-spadochroniarz. Tak realny jakby miał za chwilę się przebudzić i ruszyć do szturmu. I uświadamiam sobie, że muszę uciec z tego pokoju, z tego domu. Że poszukuję tajemnicy, dokumentów, które są chronione, że im mniej wiem tym dłużej żyję. Zbiegam szybko po schodach. Już są. Słyszę kroki. Wpadam na grubego agenta, który wciska mi w dłonie okulary przeciwsłoneczne. Po co mi one skoro pada deszcz? Biorę je jedna, wychodzę na stację metra. Krążą tam podejrzani ludzie, dziwnie wyglądający. Zaczepia mnie jeden z nich i mówi, że mi pomoże. Idę za nim. Zakładam okulary. Jego oczy z niebieskich robią się czarne. Rzuca się na mnie, szarpie mnie, próbuje zlikwidować. Nie wiem skąd w mojej dłoni pojawia się nóż. Podrzynam mu gardło. W koło krew, mój oprawca charczy, wije się na dworcowej podłodze. Kona. Podbiega kolejna postać. Zakładam okulary. Jedno oko zielone, jedno czarne. I mówi, że pomoże. Że niby dzięki tym okularom rozpoznam wampirów energetycznych. Tylko czemu on ma jedno oko czarne?
Dźwięk smsa.
Budzę się.

Bile

0

Dobra książka jest jak khatarsis. Buduje napięcie, do granic możliwości napręża Cię jak strunę by na końcu pozwolić w poinicie na rozładowanie emocji. Czujesz się czystym, że przebrnąłeś przez to co napisane, że wiesz jak to było, że tajemnica się rozwikłała. Pozostają inne niezgłębione tajemnice, ale już takie bardziej realne (chociaż właśnie po dobrej lekturze chyba łatwiej się z tym pogodzić: co będzie jutro? Czy ktoś zapisze Twoja historię?

Wyobrażam sobie czasem co by było gdybym podjęła inne decyzje. I piszę inne zakończenia historii mojego codziennego życia, które tak naprawdę mogły stać się prologiem do całkiem innych, nieznanych mi zdarzeń. Koniec końców uświadamiam sobie jak wiele może zależeć od przypadku. Przypadkowego uśmiechu, spóźnienia się na przystanek, ulewnego deszczu. Ale podejmuje się jakieś działanie, chociaż nie zawsze efekt jest taki jak zamierzaliśmy. To trochę jak z graniem w bilard: „Jak mocno przypierdolisz, to w końcu jakaś bila wpadnie-choćby przez przypadek. Może nie ta którą chciałeś, może nawet nie Twoja, ale jakaś wpadnie”. Tak czy owak brak działania i bierność jest najgorszym z rozwiązań. Wtedy tylko płyniesz z prądem i pozwalasz na to żeby ktoś „przypadkiem wbił Twoją bilę”, co zresztą się zdarza. Ale wtedy już zupełnie, zupełnie nie masz wpływu na to jak się wszystko potoczy, gdyż nawet nie próbujesz podjąć wyzwania.


  • RSS